facebook
^Back To Top

  • 1 Leżajsk
    Widok z wieży telefonicznej na Sąd i osiedle Staszica i Kołłątaja.
  • 2 PKP
    Ciuchcia wjeżdżająca na peron w Leżajsku
  • 3 Osiedle
    Widok na osiedle z kominem w tle
  • 4 Leżajsk
    Przemarsz Orkiestry ul. Mickiewicza przy Ogródku Jordanowskim i Szkole Muzycznej
  • 5 Dom Kultury
    Występ chóru przed Domem Kultury w ramach Wojewódzkich Eliminacji "Artama 78"

- Pracownia Dokumentacji Dziejów Miasta -

  

Ferie w Bibliotece Publicznej - KOŁO PODBIEGUNOWE - 2015.02.12

Galeria foto na:

Na podsumowanie przygody z wszelkimi zjawiskami pochodzenia zimowego urządziliśmy sobie rajd po arktycznym kole podbiegunowym. Zaskoczyła nas ilość krajów wchodzących w skład tego swoiście elitarnego koła: Norwegia, Szwecja, Finlandia, Rosja, Stany Zjednoczone (Alaska), Kanada, Dania (Grenlandia), Islandia (wyspa Grimsey).

Mając niewiele czasu na pokonanie tak ekstremalnie długiego szlaku musieliśmy dobrać najstosowniejsze środki transportu. Przez pokryte grubą warstwą lodu morza przebijaliśmy się rosyjskim atomowym lodołamaczem, niestety, pod dosyć hałaśliwym dowództwem pewnego nieokrzesanego wilka morskiego, któremu, co gorsza, naprawdę się wydawało, że na bycie wilkiem morskim ma dozgonny patent. Po lądzie i ośnieżonym lodzie mknęliśmy psimi zaprzęgami, tylko od czasu do czasu podpinając się do lapońskich reniferów wytrwalszych od arcymistrzów długich dystansów –  wilków polarnych. Kiedy i te nam padły, przy pomocy okolicznych Eskimosów wybudowaliśmy igloo z wyrąbanym oczkiem wodnym, arktyczne sanus per aquam (SPA), w którym mogliśmy się zregenerować i odzyskać utracony przedwcześnie optymizm. Dzięki lodowej krioterapii, po zaledwie dobie wypoczynku wyruszyliśmy rześko z kopyta, zostawiając daleko w tyle wszystkie czające się na nas polarne drapieżniki. Zatoczywszy podbiegunowe koło, śmiertelnie zmęczeni ale niewymownie szczęśliwi weszliśmy na pokład Daru Pomorza i po rozpostarciu wszystkich białych jak śnieg żagli udaliśmy się w kierunku gdyńskiego portu.

Ferie w Bibliotece Publicznej - ALPY - 2015.02.05

Zahartowani północnym mrozem, surowością nagich skał o poszarpanych graniach, obyci z pustką, nieprzeniknionymi ciemnościami o fakturze smoły przemieszanej z atramentem i w końcu żyjący za pan brat z ciszą, milczeniem i ledwo postępującym upływem czasu przenieśliśmy się – chyba kierowani instynktowną potrzebą zmiany – w rejon krańcowo inny, w pewnego rodzaju odwrotność kształtów, kolorów i dźwięków i wszystkiego tego, czego doznaliśmy w mrocznej, nigdy nieoswojonej Skandynawii. Przenieśliśmy się w Alpy,...

... w górzysty raj, w psychoterapeutyczny krajobraz gdzie nawet najwięksi desperaci, pesymiści i malkontenci odzyskują wiarę w siebie i radość życia. Gdy dotarliśmy do podnóża  szczytu Mont Blanc – potocznie  zwanego dachem Europy, niemal z miejsca staliśmy się jego wyznawcami. Uwiedzeni urodą jego królewskich, olśniewająco białych gronostajowych szat, aureolą mgieł i pyłów śnieżnych unoszących się nad jego masywnym cielskiem, zapragnęliśmy pozostać tu na zawsze. Z hipnotycznego paraliżu wybudził  nas dopiero kolorowy oddział szusujących narciarzy i snowboardzistów, którzy wrzeszcząc i donośnie jodłując omal nie zdmuchnęli nas z powierzchni ziemi. Po chwili jednak, jakby sami z siebie, przymuszeni nagłą, niespodziewaną potrzebą, dziwiąc się tak natychmiastowej metamorfozie, sami przedzierzgnęliśmy  się w eskadrę kaskaderów najbardziej ekstremalnych sportów zimowych. Niektórzy z nas z nadmiaru wrażeń musieli się w końcu nieco wyciszyć i dla relaksu oddać ulubionej w szwajcarskich Alpach rozrywce – wypasaniu fioletowych krów zwanych pieszczotliwie milkami.

Ferie w Bibliotece Publicznej - SKANDYNAWIA - 2015.02.03

 

 Galeria

Pierwsze warsztaty feryjne dla dzieci  rozpoczęły się od wizyty w Skandynawii. Od kraju będącego kolebką najpiękniejszych baśni europejskich – Danii, przeprawiliśmy się łodzią wikingów do skalistych, pociętych fiordami brzegów Szwecji, Norwegii aż po prawie wieczną zmarzlinę Finlandii. Gdyby nie krzepa, wytrwałość i szorstkość w obejściu skandynawskich nawigatorów na tutejsze niebo przyszłoby nam niewątpliwie patrzeć  przez mętny pryzmat kry lodowej. Na szczęście nasza wiedza, niewielkie acz podrasowane młodzieńczą fantazją doświadczenie pozwoliły nam nie tyle przeżyć  co wręcz spędzić czas w sposób maksymalnie przyjemny by nie powiedzieć fascynująco błogi. Najbardziej zaskakującym dla nas doznaniem było odkrycie istnienia – wbrew obiegowej opinii – prawdziwej doliny Muminków, w której małe, nadspodziewanie kulturalne stworki okazały się również niezrównanymi mistrzami sztuki konwersacyjnej, wzbogaconej, notabene, znajomością niemal wszystkich języków europejskich. To właśnie dzięki ich opowieściom udało nam się dotrzeć do samego jądra skandynawskiej mitologii. W drodze powrotnej do zatoki gdańskiej znów towarzyszyli nam charyzmatyczni synowie Odyna - nordyckiego boga wojny i wojowników. Wikingowie po raz kolejny okazali się być dżentelmenami i zamiast nas ograbić, napastować i stłuc na kwaśne jabłko ofiarowali nam wyjątkowej urody pamiątkowe hełmy, tarcze i zimne jak północny śnieg stalowe kolczugi. Po przybiciu do brzegu, ku naszemu kolejnemu zaskoczeniu zostawili nam swoją długą niczym potwór z Loch Ness łódź, a sami, pokryci tylko szorstką jak papier ścierny gęsią skórką, wpław - wrócili do siebie - do stromych jak katedry brzegów mrocznej Skandynawii.

Ferie w Bibliotece Publicznej - HIMALAJE - 2015.02.10

Galeria foto na:

 Góry skandynawskie, Alpy to niewątpliwie wysokie góry, ale gdy się je zestawi z Himalajami można odnieść wrażenie, że miało się wcześniej do czynienia z super płaską, wypolerowaną na glanc powierzchnią.

Właściwie trudno Himalaje nazwać górami w tym dosłownym tego słowa znaczeniu. Też mają wierzchołek i to chyba wszystko co je z nimi łączy. Już bardziej stosowne byłoby porównanie z prehistorycznym lodowcem o kubaturze większej od wyobraźni wszystkich razem wziętych fizyków jądrowych. Himalaje to zamykająca nasz stary, poczciwy i przewidywalny świat ściana, za którą czają się już tylko demony chorego, zdeprawowanego umysłu. Już same nazwy himalajskich szczytów przemawiają do nas językiem jakby nie z tego świata. Kanczendzonga, Czo Oju, Nanga Parbat, Annapurna, Sziszapangma, Himalchuli brzmią jak jakieś trudne do wyartykułowania zaklęcia mające odegnać od nas złe moce albo przeciwnie, mające podstępnie je do nas zwabić. Marszruta po stokach himalajskich olbrzymów to jak podróż po śliskim grzbiecie z pozoru nieruchawego walenia. Wystarczy małe prychnięcie, lekki dreszcz wywołany skurczem kilkutonowej płetwy ogonowej i już się jest po drugiej stronie świata, w krainie, którą standardowo określa się rajem. Spośród nas wielu przekroczyło tę granicę, na całe szczęście stało się to tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy sobie tego uświadomić. W podobnym szachu a nawet i macie znaleźli się najlepsi polscy himalaiści Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz, których duchy do dzisiaj błąkają się – poszczękując czekanami – po zlodowaciałych krzywiznach najwyższego dachu świata.

Menu

Copyright © 2013. PDDM  Rights Reserved.